Ręce z majtkami,

czyli doświadczenia natręta

 

Podczas kilku ostatnich miesięcy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że brakuje mi czasu. Praca, studia, zajęcia własne (np. pisanie artykułów takich, jak ten) — wszystko to nadawało memu życiu dość wariackie tempo, nie pozostawiając wiele miejsca na dłuższy odpoczynek, wolne weekendy czy wieczory z przyjaciółmi. Jakież było moje zdziwienie, gdy — dzięki jakości usług proponowanych w różnych instytucjach — przekonałem się, że mam jeszcze czas na wypisywanie i wysyłanie skarg. Prawdę powiedziawszy, zacząłem się dość poważnie zastanawiać nad swoim zdrowiem psychicznym, albowiem nie dostrzegałem nikogo innego, kto zajmowałby się podobnymi praktykami.

       Poniżej przedstawiam kilka sytuacji, których byłem uczestnikiem. Uczestnikiem nienormalnym.

      

1. Urząd Miejski. Po półtoragodzinnym oczekiwania na korytarzu i przyglądania się Paniom Urzędniczkom, kursującym na zmianę do toalety ze szklaneczkami po kawie i czajniczkami na wodę, wchodzę do biura. Załatwienie sprawy zajmuje mi pięć minut, włącznie z wyprawą na inne piętro po znaczek skarbowy.

       Po załatwieniu sprawy:

Ja: Proszę mi powiedzieć, gdzie tu można złożyć skargę.

Pani Urzędniczka: A na co?

Ja: A na jakość pracy państwa urzędu.

PU: A jak to?

Ja: A tak, że czekałem półtorej godziny na załatwienie pięciominutowej sprawy.

PU: No proszę pana! Na załatwienie takiej sprawy to warto i pół dnia czekać, a niektórzy to nawet dłużej muszą! A wie pan, dlaczego pan czekał tyle czasu? Bo mamy ustawę o ochronie danych osobowych i w biurze nie może przebywać jednocześnie więcej niż jedna osoba.

Ja: Państwa problemy lokalowe mnie nie interesują. Więc gdzie można złożyć tę skargę?

PU (z szerokim uśmiechem i niesamowitą ironią): Proszę pana! Pan może iść do dyrektora, do prezydenta miasta, a nawet do kuriera pan sobie może iść!

Ja: Czy pani sobie żartuje? Proszę mi udzielić informacji.

PU (bez uśmiechu i jakby nieco bledsza): Kierownik przyjmuje piętro niżej, pokój taki a taki.

Pani Kierownik, po nieudanej próbie wyperswadowania mi złożenia skargi, zachowuje się w miarę profesjonalnie i podaje mi informacje dotyczące procedury urzędowej.

Epilog: skargi nie napisałem nie miałem czasu.

 

2. Sklep (tzw. supersam). Trzy kasy są nieczynne do jedynej czynnej uformowana została dłuuuga kolejka. Z wypełnionym koszykiem podchodzę do jednej z pustych kas. Brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony personelu. Tu i ówdzie szwendają się Panie w Gustownych Zielonych Fartuszkach.

       Ja (do Bardzo Zajętej Pani Kasjerki): Przepraszam, czy można prosić kogoś do tej kasy?

       Bardzo Zajęta Pani Kasjerka (warcząc): Nie!

       Ja: A można wiedzieć dlaczego?

       BZPK (znowu warcząc): Bo nie!

       Ja: To w takim razie chciałbym złożyć skargę.

       Klienci w kolejce spoglądają na mnie jak na kosmitę.

BZPK: Pan se idzie do kierownika.

       Ja: Którędy?

       BZPK nie raczy mnie już zaszczycić swoim spojrzeniem, ani tym bardziej się do mnie odezwać.

       Po krótkim błądzeniu trafiam do Pani Kierownik, która jak się okazuje stała kilka kroków od całego zajścia, a potem z rozbawieniem przyglądała się moim poszukiwaniom.

       Ja: Dzień dobry, czy to pani jest kierownikiem zmiany?

       Pani Kierownik: Dzień dobry, a o co chodzi?

       Jak mawia pewna koleżanka, ręce z majtkami opadają. Pani Kierownik, cały czas się uśmiechając, zręcznie lawiruje wokół tożsamości swojej oraz tożsamości BZPK. Z wahaniem (nie wie bowiem, czy ma takie uprawnienia i czy ja mam prawo tego żądać) podaje mi adres korespondencyjny sklepu, na który mogę wysłać skargę.

       Epilog: skargi nie napisałem nie miałem czasu. Więcej się w tamtym sklepie nie pojawiłem.

 

3. Wydawnictwo. Korzystając z poczty elektronicznej, zamówiłem 4 książki. Otrzymuję je terminowo, wraz z rachunkiem. Tydzień później otrzymuję następną paczkę z tymi samymi tytułami i rachunkiem o innym numerze. Dzwonię do wydawnictwa dowiaduję się, że nie ma żadnego problemu, że mam odesłać na koszt adresata. Na poczcie okazuje się, że nadanie takiej przesyłki nie jest możliwe (zaniechałem śledztwa, mającego odpowiedzieć na pytania Czy naprawdę? i Dlaczego?). Ponownie dzwonię do wydawnictwa. Umawiam się z Bardzo Miłą Panią, że przyślą mi odpowiednie opakowanie z odpowiednimi znaczkami, a ja tylko książeczki zapakuję i wyślę, nie ponosząc żadnych kosztów. Czekam na przesyłkę miesiąc, drugi... Stwierdzam, że widocznie im się nie opłacało kwota nienajwyższa; oddaję komuś zdublowane książki i zapominam o sprawie. Pod koniec roku (czyli ok. 10 miesięcy później) otrzymuję ten sam rachunek z wezwaniem do zapłaty i konsekwencjami jej niedokonania. W wezwaniu zwracają się do mnie per Wy...

Epilog: jeszcze nie ma zastanawiam się, czy czekać na dalsze subtelne próby kontaktu ze strony Wydawnictwa, czy zapłacić na odczepnego ten rachunek.

 

4. Poczta. Z powodu regularnych dyskusji, jakie uskuteczniam tam na temat zakresu obowiązków poszczególnych pracowników, Panie w Okienkach na mój widok rozglądają się po sobie cokolwiek nerwowo i spod opuszczonych powiek śledzą moje poczynania. Podchodzę do okienka, podaję Pani awizo i dowód osobisty.

       Pani z Okienka: Proszę przejść do okienka numer czy, kochaniutki tam się odbiera przesyłki polecone.

       Spoglądam na pokaźną kolejkę przy okienku numer „czy”, potem na napis nad głową głoszący, że przy tym okienku również „się odbiera”.

       Ja: Wolałbym jednak odebrać ten list tutaj.

       PzO: Nie, nie proszę przejść do okienka numer czy.

       Ja: Ale tu jest napisane, że w pani okienku również można odbierać listy polecone.

       PzO (poirytowana): Tak, jest napisane, ale ja tu nie mam pana listu, bo wszystkie listy są przy okienku numer czy, i tam się je odbiera! Ja teraz nie mam czasu!

       Ja: Słucham?

       PzO: Proszę przejść do okienka numer czy!

       Ja: Prosiłbym jednak, żeby się pani ruszyła i go tu przyniosła.

       PzO: Nie zrobię tego.

       Ja: To proszę mi wskazać drogę do kierownika zmiany.

       PzO: Tam.

       Podchodzę do pustego okienka z napisem „Kontroler”. Po dłuższej chwili pojawia się w nim Pani Kontroler.

       Pani Kontroler: Słucham pana?

       Ja (podaję awizo i dowód): Pani z okienka takiego i takiego nie chciała mnie obsłużyć.

       PK: Ale listy polecone wydajemy w okienku numer trzy...

       Ręce z majtkami...

       Ja: Nie obchodzi mnie, w którym okienku państwo wydajecie. Proszę mnie obsłużyć!

       Pani Kontroler bez słowa wstaje i idzie po list. Kiedy odchodzę od okienka, słyszę za sobą głośne westchnienie.

 

Uzbierałoby się tego więcej, oj, uzbierałoby się... Jednak poza groteskową rozrywką, pożytek z tego byłby żaden.

       Zastanawiam się często jak to jest, że choć od dziesięciu lat mówimy o sobie „Europa,” nawyki jakby pozostały z poprzedniej epoki. Jestem w stanie zrozumieć „starą kadrę”, która nigdy nie miała szansy nauczyć się normalności a w wieku przedemerytalnym faktycznie trudno zmienić mentalność. Przeraża mnie jednak, że ludzie młodzi pobierają nauki właśnie od „starej kadry”. Przeraża mnie, że klienci i podatnicy godzą się pokornie na traktowanie „per noga”.

       Zasady wolnorynkowe są jasne: jeśli czuję się źle obsłużony w jakiejś placówce usługowej lub handlowej, więcej się tam nie pojawiam. Stracili klienta ich problem, ja mam wybór. Ale w przypadku urzędów państwowych i monopolistów usługowych (kolejna „normalność”) wyboru nie mam. Muszę korzystać z ich usług i muszę na nich płacić podatki. A Panie na państwowych posadkach czują się zupełnie bezpieczne i bezkarne, bo postkomunistyczna struktura niczym głaz nienaruszalna.

       Zależnością dla mnie normalną jest: chcę à pracuję à zarabiam à wydaję. I żaden z tych czynników obowiązkowy nie jest, lecz negacja któregokolwiek z nich powoduje automatycznie negację kolejnych. Wszelkich Pań z Okienek, Pań Urzędniczek i Pań Kierowniczek łańcuch przyczynowo-skutkowy zdaje się nie tylko nie obchodzić, ale i nie obowiązywać. Normalne...


Góra strony