Kiedyś było inaczej. Potrafił nieomylnie przeczuć i w pełni
wykorzystać ten moment, który tak niechętnie nazywał natchnieniem. Po prostu
siadał i pisał, a później dziwił się swym własnym dziełom (za tym słowem również
nie przepadał). Potrafił też natchnienie przywoływać. Wtedy siadał, brał pióro
do ręki, czekał, i po chwili swobodnie pozwalał swej jaźni splatać się z tymi
nieokreślonymi bytami współtworzącymi rzeczywistość artysty. Albo, kiedy
zwyczajnie miał dobre samopoczucie, w ogóle nie zawracał sobie głowy
natchnieniem i z lekkością i polotem przelewał myśli na papier. Cóż, bywał
oczywiście przybity i miewał momenty niezwykle intensywnego załamania, ale
wiedział przecież, że każdy artysta tak musi.
A teraz? Czekał na
natchnienie, czekał, i nic. A kiedy wydawało mu się, że to właśnie ten moment,
że powinien natychmiast usiąść i pisać — przechodziło. Uciekało. Znikało, nie pozostawiając po sobie
śladu. Wstydził się przyznać samemu sobie, ale czasami po cichutku płakał z
tego powodu. Mimo to, nie przestawał próbować. Siadał wieczorami i czekał, aż
kartka zapełni się ukochanymi znaczkami. I czuł się bezradny. Zaczął więc
zmuszać się do pisania. Wprawdzie przedtem też nigdy nie wiedział dokąd
dopłynie, nigdy jednak nie czuł lęku. A teraz doprowadził się do stanu, w którym
bał się przyłożyć pióro do papieru w przekonaniu, że wyjdzie „nie tak”. A wychodziło
„nie tak”. Nie potrafił niestety (a może — na szczęście) odpowiedzieć czy wychodziło „nie tak”, ponieważ
myślał, że wyjdzie „nie tak”, czy myślał, że wyjdzie „nie tak”, ponieważ zbyt
często wychodziło „nie tak”.
Ale te małe-wielkie
rozterki nie były jedynymi, jakie go nękały. Zauważył bowiem, iż o ile poezja
wychodziła mu — lepsza lub
gorsza, o tyle zawsze kiedy zabierał się do prozy — wychodziła poezja. A tego nie był już
w stanie pojąć żadnym sposobem. Postanowił więc napisać opowiadanie. O czym?
To także była jego wieczna bolączka, jako że ufał swej intuicji i zaniedbywał
intelekt. Dopóki natchnienie odwalało całą robotę, nie było sprawy. Problemy
zaczynały się, kiedy chciał coś powiedzieć (napisać) i z goryczą
konstatował, że chyba tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia. Pal sześć — jak nie ma o czym, to napisze o
miłości. To zawsze działa i budzi uśpione emocje. Zaczął tak:
Swe niebo porzucę,
jeśli tak potrzeba...
Do czego natychmiast znalazł ciąg dalszy:
A jeśli to mało — i piekło przeniosę do nieba!
Cmoknął
zdezorientowany. Coś się niby układało, tylko że znowu była to poezja, której
przecież nie umiał pisać! Jeśli nie miłość, to coś innego — mniej poetyckiego. Śmierć!
Gdy na pat raz
jeszcze wyszła partia z losem,
Następną wygrać
przyrzekł ostatecznym ciosem...
Znowu rym! Postanowił
podjąć jeszcze jedną próbę, marne wszakże mając nadzieje sukces, skoro całe
życie mu się rymowało — mało ambitnie, ale jednak. Może opowie jakąś historię — tu poezja ma niewiele do powiedzenia.
Nagi, siedział na
prostym stołku z twarzą ukrytą w dłoniach.
Nieźle!
I stłumić chciał
rozpaczliwie krwi pulsowanie w skroniach.
Dość! Niech się
dzieje, co chce! Nie można szanować prozy, która sama nie potrafi obronić się
przed poezją. A jeśli musi, będzie się za nią wstydził. Pomyślał, że przecież
pozostał mu jeszcze pamiętnik, gdzie nie musi przestrzegać żadnych zasad i
pisać co chce i jak chce, a nawet to, czego nie chce i jak nie chce.
I z ulgą postawił
kropkę.